Sghor - Maranathata
26,99 zł
Procdr / DIGIPACK
Jest to mój siódmy solowy album, ściśle konceptualny. Co mi się przydarzyło.
Obudziłem się na zimnej wilgotnej ziemi, coś się działo- już pierwsze dźwięki zdradzały mi pewien rodzaj niepokoju. To trochę jak strach, tylko, że tak naprawdę prawie się nie boisz czujesz tylko takie dziwne podniecenie. Powoli otwierając oczy zobaczyłem ogrom i piękno otaczającego mnie krajobrazu. Wszystko było takie przychylne. Pośród mgły i parującej ciepłej bagnistej wody, zacząłem słyszeć taką pieśń, prawdziwy odgłos natury. Moim oczom ukazał się niesamowity widok, na całej ziemi na każdym jej kawałku były niesamowicie rozmieszczone żaby były ich tysiące. Zaczęło się pomyślałem. Nie jestem pewien dokładnie ale wydaje mi się że były to: Litoria caerulea choć na 100% nie mogę tego stwierdzić. Było trochę ciemno i mało widziałem, ponieważ wszystko to było rozświetlane tylko miejscami przez takie jakby pachnące krzewy, one rosły tak jakoś nieregularnie porozrzucane na całym terenie gdzie działo się. Nie wiem dokładnie co robiłem cały czas, gdzieś tak po około 2 godzinach niesamowicie się odnalazłem. Po prostu w pewnym momencie sam kucnąłem na nogach podpierając się rękami i razem z tysiącami żab zacząłem wydawać te same dźwięki. Jest dobrze pomyślałem. Bardzo niesamowite było to jak zaczęły mi się krystalizować myśli, po paru minutach wiedziałem, że już tylko potrzebuję samicę po to aby rozmnożyć gatunek. Ale coś się dzieje, pomyślałem jeszcze jako człowiek, rozejrzałem się dookoła i przeraziłem się: Już wiem skąd tu tyle żab…
Happening powoli zaczął się kończyć, na szczęście niepokój powoli mi mijał i cała ta euforia znacznie się minimalizowała. Pomyślałem, że idę i udało mi się myśleć tam dalej widziałem coś innego. Pamięć dnia wczorajszego
Zanim nadeszły ruiny wszystko płynęło i trwało w harmonii. Cały świat dawał do siebie mówić i odpowiadał na wszystkie pytania. To tylko wspomnienie tego jak było wcześniej, konsekwentnie realizowany monolog aktora. Mogłeś mieć każdy dzień i było jeszcze ciepło. Nie było tak, że od ostatniego lata minęło kilka lat. Nigdy nie czułeś chłodu, nawet pod koniec dnia. Słońce nie jak wróg z którym walczysz, ale przed którym się ukrywasz.
Wiele razy dali nam posmakować jego najlepszych i najdroższych, trzymanych tylko dla wybranych. Wyciągam stary atlas i wpatruję się w mapę świata, na wypadek, gdyby mój świat miał się zmienić, zanim ruiny nadeszły.
Ciepło, czuje jest mi ciepło, leżę wygodnie na kocu na trawie. Wpatruję się w piękne niebo, to poniżej jaki i powyżej mnie. Właściwie znikam, a potem już słyszę taki dźwięk jak kiedyś w ostatnich nocnych wiadomościach. Jest on kwintesencją tamtego wtedy poznania. Zobaczyłem, podał mi rękę i naprawdę zostało mi jeden raz pokazane. Całe drugie życie czegoś takiego szukałem, wreszcie odpowiedział mi na tysiąc pytań i zadał tysiąc swoich. Jest w pełni, rozkwita, jest jednocześnie duży i mały. Teraz jest lato wydaje się nam, że nie będzie zimy, jesteśmy tak nieziemsko rozmarzeni. Na wszelki wypadek jeszcze raz się z nim przywitałem tak jakby od nowa. Ja nie chce nic mówić ale chyba dozujecie mi trochę to jak narkotyk. To jak heroina, teraz. Nie wziąłbym nigdy ale on teraz jest na wyciągnięcie ręki co z tego, że potem nadejdą. Muszą być drzwi. Przedłużam jak tylko mogę ale już nie słyszę głosu zostaje tylko ten dźwięk jak w nocnych wiadomościach. Było krótkie wykorzystałem wszystkie zapasy, nie żałuję. Tak pomyślałem sobie drewnianym ołówkiem na betonie z pomiędzy którego wyrasta zielona trawa.
Dziękowali mi i bili mi brawo byłem niezwykły stałem na scenie i oddychałem. O to im chodziło szaleli nawzajem depcząc siebie i przepychając się bliżej mnie. Ja tylko oddychałem i za to byłem wielbiony, robiłem coś co każdy potrafi. Jeszcze raz kilka oddechów i ponownie fala braw, strumień ciepłego powietrza, adrenalina i jesteś w domu. Nagle się coś spierdoliło. Okazało się, że jestem sam w jakiej dziwnej hali, wokół pełno industrialnych dźwięków, ale maszyny jakby same się obsługiwały. Wołałem bardzo głośno np. pamiętam taką dziewczynę w pierwszym rzędzie pokazywała mi dłonią taki mój znak, chciałem ją teraz odszukać i może ona by przyszła, wołałem ale nikogo nie było. Cały ubrudzony w jakichś smarach chodziłem prawie na palcach, poza tym było ciemno. Wołałem i próbowałem oddychać, lecz nawet to już mi się nie udawało. Złudzenie, zjawa, mara i jebany codzienny zbyt realny sen. Jestem w domu. Jesteś w domu.
Mała ścieżka, bardzo niewyraźna idę za nim. Strasznie się kurzy jest upał. On idzie w takim zielonej materiałowej kurtce, w ogóle się nie odwraca nie czeka na mnie. Wołam najpierw po imieniu, potem normalnie. Ta miejscowość to jakaś podrzędna dziura, mijam jakiś taki czerwony rower, myślę czy może, a jednak nie. Nie mam siły gubię go, tracę ostrość, to wszystko to mgnienie oka. Zwalniam. On jest już daleko nie złapię, potykam się padam na kolana, w ustach czuję piach. On znika gdzieś na horyzoncie- odchodzi ja zostaję. Nie wiem już nie widzę i tylko w głowie mam jedno pytanie, gdzie jest tata? No dobrze tylko gdzie jest tata? Maranathata.
Prawa autorskie zastrzeżone © Snowy Tension Pole 2009 - 2011